Twarz XXI wieku

siec

Jak wszyscy, których znam, nie wyobrażam sobie życia bez Internetu.
I pomyśleć, że zaledwie 26 lat temu powstało pierwsze łącze internetowe, dzięki współpracy Instytutu Fizyki Jądrowej PAN w Krakowie a genewskim ośrodkiem naukowo-badawczym. Departament Obrony USA przyznał Polsce numer IP 19 listopada 1990 roku, a nazajutrz dotarł do Polski pierwszy e-mail. 17 sierpnia 1991 roku nastąpiło pierwsze połączenie z Polski, między Uniwersytetem Warszawskim a Kopenhaskim, ale dopiero 5 lat później Telekomunikacja Polska uruchomiła usługę powszechnego dostępu do Internetu, z prędkością 9,6 kb/s (sic!). Dzisiaj na rynku polskim działa wielu dostawców oferując zróżnicowaną prędkość pobierania danych, od 14 Mb do 32 Mb na sekundę. Mam na dzieję, że na tym nie koniec. Wg informacji z ubiegłego roku, funkcjonuje w globalnej sieci 329,3 ml adresów www. Porażające, nieprawdaż?
Najczęściej odwiedzaną stroną internetową jest you tube, a przeglądarką google.

W początkowej fazie Internet oferował dostęp do forum, chatu oraz nieskomplikowanych gier. Dzisiaj daje nieograniczone możliwości w komunikowaniu się Internautów, możliwość zakładania własnej strony (darmowej i płatnej), jest prawie nieograniczonym źródłem wszelkiej informacji, jak np. Wikipedia. Tu mała dygresja, źródło to nie daje 100% gwarancji wiarygodności przekazu, bowiem każdy może edytować zawarte tam treści.
Mamy dostęp do portali prasowych (niestety niektóre wprowadziły odpłatność),  do własnego konta bankowego i firm, z których usług korzystamy w realu, jak np. tzw. służba zdrowia, czy biblioteka. Ponadto Internet umożliwia zakup biletu na lot samolotem, czy do teatru. Możemy „wrzucać” do sieci swoje prywatne filmiki, a nawet na tym zarabiać. Prowadzić firmy… lista oferowanych usługi jest dłuuuga. A co najważniejsze, jest dostępna opcja ukrycia swojej tożsamości, nawet na Facebooku, z czym to forum społecznościowe próbuje zrobić porządki, na co nie wszyscy użytkownicy chcą wyrazić zgodę:

Internet to miejsce, gdzie można wszystko sprzedać i kupić, zrobić kurs specjalistyczny,  poznać przyszłego przyjaciela, a nawet życiowego partnera. Zupełnie nieznani sobie ludzie mogą skrzyknąć się na happening albo  wiec. Każdy może obejrzeć fabularny film (bez uciążliwych atrakcji zapachowych, jakich dostarcza sala kinowa), a nawet nacieszyć  oczy widokiem panienki nieciężkich obyczajów, czy zaprosić ją do domu, czy gdzie tam chętnie zapłaci za seks. Nie moja sprawa niech robią co chcą, ale mam pretensje do filmów porno, bowiem wprowadzają zamieszanie w umysłach niedoświadczonych chłopców, propagując sytuacje oderwane od życia,  budujące wyobrażenie, że każdą kobietę można traktować jak silikonową lalę z sex shopu.
Niestety, sieć internetowa nie jest zbyt przyjazna wobec użytkowników. Największe niebezpieczeństwo grozi ze strony hakerów, potrafią włamać się nawet na strony rządowe. Na czarnej liście znajdują się wszelakiej maści oszuści, zboczeńcy, stalkerzy, trolle i hejterzy.

Hejt stał się największą plagą internetu, nie każdy potrafi sobie z nim poradzić. Największym błędem jest reagowanie na atak atakiem. Moim zdaniem, hejtera należy zignorować, ewentualnie zareagować kpiną, jak to zrobiła Kaja, yutuberka, kobieta wielu talentów, żyjąca z podróżowania po świecie, zakochana w mężczyźnie pochodzącym z odmiennej strefy geograficznej i kulturowej. Zresztą posłuchajcie sami.
UWAGA! – w tekście występują wulgaryzmy.

Generalnie Internet można by uznać za wspaniały wynalazek, gdyby nie uzależniał. Ale to temat na oddzielny wpis, może ktoś z Was moi mili podejmie to wyzwanie, a jeśli już kiedyś o tym pisał na swoim blogu, zechce podrzucić link.

Matylda

To był tydzień!

Cztery dni laby! Kiedyś człowiek musi odebrać nadgodziny. Szkoda tylko, że dzisiaj słoneczko nie chce wyjrzeć zza chmur. Temperatura za oknem -1°C, i śmiesznie mało śniegu. Ale co tam, kiedy kocha się życie nie za to jakie jest, ale za to, że w ogóle jest.
Wszak mogłam się nie narodzić, jak miliardy moich braci i sióstr. Spokojnie, nie odwaliło mi, aby plemnik nazywać człowiekiem, to tylko metafora.
Od dzieciństwa marzyłam, aby mieć starszego brata. Przyjaciółki miały. Osobisty bodyguard to dla dziewczyny wielkie ułatwienie życia. Musiałam sama stawiać czoło różnym oszołomom, bo wielbicieli przeganiał ochoczo Tato. Ojcowie tak już mają, że bronią cnoty córek niczym średniowieczni rycerze honoru Damy swojego serca.

Skoro już wspomniałam o rodzicielstwie, słów kilka na temat ostatniej hecy w Sejmie. Żeby opozycja ramię w ramię nie poparła projektu „Ratujmy kobiety”? I to wówczas, kiedy sam Prezes Kaczyński był za? Co mi po tym, że posłowie którzy wstrzymali się od zabrania głosu poniosą konsekwencje, skoro projekt upadł.

Aby sprawa była jasna, nie uważam, że aborcja ma stać się formą antykoncepcji, ale jestem zdania, że to kobieta powinna mieć decydujące zdanie w sprawie dziecka poczętego – jak ochoczo  niektórzy nazywają zygotę. Żaden duchowny, ani parlamentarzysta, czy tzw. „matki Polki” , nie mają prawa dyktować żadnej kobiecie warunków, w jakich ma spędzić resztę swojego życia.

Co do parlamentarnego głosowania. Nie po to oddałam swój obywatelski głos na danego polityka, aby się wstrzymywał od zabrania głosu w sprawie dotyczącej społeczeństwa. Powinien mieć obowiązek konkretnego ustosunkowania się do sprawy będącej przedmiotem poselskiego głosowania. Albo być za, albo przeciw, bez chowania głowy w piasek. Co o tym sądzicie, moi mili?

Matylda

Lubię wtorki

Powietrze było mroźne, ale od świtu świeciło słońce. Czułam się wspaniale, bo na dodatek miałam dzień wolny od zawodowych obowiązków. Czekało mnie „jedynie” kilka urzędowych spraw do załatwienia. Wprawdzie to nie poniedziałek, kiedy to człowiek jeszcze tkwi jedną nogą w weekendzie, ale panie urzędujące były deczko ospałe, co nie sprzyja przychylnemu zaangażowaniu w cudze sprawy. Ale od czego sztuka manipulacji? Uśmiech wsparty kiloma lukrowanymi słowami potrafi czynić cuda.

Zegar pobliskiego kościoła wybijał południe, kiedy wyszłam na ulicę skąpaną w promieniach słońca. Czekały mnie zakupy spożywczo-prasowe, a potem kilka godzin luksusu w postaci czasu wyłącznie dla siebie. Zamiast pójść na najbliższy przystanek autobusowy, z nagła, zupełnie niezrozumiale, ruszyłam w stronę Empiku.  Jakby mnie ktoś poprowadził za rękę. Podejrzewam o to Anioła Stróża.  😉
Już od progu zwróciła moją uwagę okładka książki autorstwa Pauliny Młynarskiej. Wprawdzie nie ze wszystkimi poglądami Pauliny mi po drodze, ale przepadam za jej kreacjami literackimi. Cena książki to 40 zł (bez 10 gr), ale propozycja 20% upustu zachęciłaby nawet skąpca.

PM

 

Od dawna nie cieszyło mnie niespodziewane uszczuplenie zawartości konta bankowego, jakkolwiek idiotycznie to nie brzmi. Książkę „Rebel” miał mi zostawić św. Mikołaj pod choinką, ale podobno była poza zasięgiem jego możliwości. Japa cieszyła mi się tak bardzo, że przykuła uwagę kilku przechodniów. Kto sam się do siebie śmieje w miejscu publicznym najpewniej jest niespełna rozumu.

W spożywczaku akurat była promocja na pomarańcze. O dziwo, o lśniącej skórce. Czym prędzej odrzuciłam myśl, że zapewne posmarowane jakimś tłuszczem dla zasugerowania ich doskonałej jakości, ale zwyczajowo powąchałam skórkę. Pachniało pomarańczą. Tak więc, zamiast na obiad odgrzać lazanię, zrobiłam owocową sałatkę z jogurtem, po czym oddałam się zgłębianiu, nieprzychylnych blogerowi,  zawiłości gospodarowania darmowym blogiem. Efekt: ręce opadają.

Wtorek – Dzień Marsa, nie ma dobrej opinni w świecie przesądów, ludziom urodzonym tego dnia przypisuje się skłonność do przywłaszczania cudzej własności. Rolnikom również dobrze nie wróży, wtorkowe sadzenie roślin narażone ma być na ataki pasożytów. Natomiast sprzyja osobom rozpoczynającym tego dnia nową pracę.
Dotychczas wtorek był dla mnie zwykłym dniem między ulubionymi piątkami, ale od wczoraj zyskał moją sympatię.
A jak to jest u Was moi mili, czy któryś z dni tygodnia szczególne jest bliski  Waszemu sercu?

Matylda

Nowy stary rok

No i mamy rok 2018, którego miało nie być,  zgodnie z przepowiednią końca świata mającą nastąpić o jesiennej porze roku 2017.
Właściwej byłoby napisać: mamy rok 7526, co jest zgodne  z kalendarzem słowiańskim, a wszak jesteśmy Słowianami, z dziada pradziada.

Co roku, niemal na każdym kroku, słyszy się o podsumowaniu minionego roku i bezwzględnych postanowieniach na kolejny. Napawa mnie niechęcią robienie rozrachunku i postanowień na zawołanie.
31 grudnia to tylko umowna granica między kolejnymi latami. Wchodząc w nowy przedział czasu wciąż mamy w bagażu życia sprawy, które niezmiennie nasze życie dzielą na 12 kawałków, pod względem treści powtarzających się jak mantra. Najprostszy przykład to należność za czynsz, czy rata kredytu bankowego. Ponadto wchodzimy w nowy rok ze „starym” mężem (żoną), przyjaciółmi i wrogami, ze starymi zobowiązaniami wobec pracy zawodowej, czy szkoły, z tymi samymi butami, ulubionym kubkiem na kawę, skłonnościami, nadziejami i złamanym słowem.*  Tych spraw nie sposób pozbyć się z życia, czy pamięci, tylko dlatego, że wraz z wybiciem północy wypiło się szampana.

Dlaczego 365 (366  w roku przestępnym) kartka zerwana z kalendarza prowokuje nas do poddania się temu, o czym „wszyscy” mówią wraz z przybyciem skąpo odzianego smyka, z przepaską na koszulince, z napisem matematycznie wyliczonej nazwy roku?

Dlaczego my, ludzie, tak bardzo lubimy podsumowywać, zamykać, odcinać się od czegoś? Czy czasem nie wynika to z poczucia niezadowolenia z siebie, niepogodzenia z faktem, że posiadamy wady, przywary, że daleko nam do chodzącego ideału? Że jesteśmy niestali w wywiązywaniu się z obietnic?  Albo powodowani chęcią zaimponowania komuś, że jest się człowiekiem sukcesu, co w podtekście ma oznaczać „jestem od was lepszy”, o czym tak chętnie informujemy na facebooku, instagramie, twitterze, snapchatcie, you tube…

Wchodząc w nowy rok nadal dzielimy swój czas na 7 dni tygodnia z weekendem, jako nagrodą za wyrywający ze snu, bezduszny, dźwięk budzika. Bez znaczenia pozostaje fakt, który to jest rok, licząc od czasu umownej daty narodzin Jezusa.

Moim zdaniem, tendencja do rozliczania i podejmowania palcem pisanych na wodzie postanowień bierze się  z niemal powszechnie występującej podatności naszej, ludzkiej, psychiki na manipulacje.
Już od najmłodszych lat formują naszą osobowość rodzice, dziadkowie, bohaterowie filmów, pani w przedszkolu, a potem w szkołach pedagodzy, znajomi i reklama, coraz bezczelniej wdzierająca się do naszych umysłów.  Manipulują nami podręczniki i literatura czytana do poduszki. Partner, własne dzieci (czego doskonałe odzwierciedlenie znajdziemy w serialu „Rodzinka.pl”), szef,  współpracownicy i media. Te ostatnie szczególne czynią nam szkody przemawiając ustami polityków oraz różnej maści celebrytów, którzy czują powołanie do dyktowania nam jak mamy żyć.

 

*Jestem doskonałym przykładem złamania danego sobie słowa. Z impetem zamknęłam blog „Życie, ech ty” na wieść o likwidacji platformy blog.pl, napomykając coś o zmęczeniu materiału, co okazało się być wkręcaniem samej siebie, bowiem minął niespełna miesiąc i znowu wystukuję litery słów na nowym miejscu w sieci. Brak mi silnej woli? Uzależniłam się od publicznego manifestowania myśli, które irytują większość moich rozmówców w realu? Nic z tych rzeczy. Uległam namowie bliskich mi osób: pisz Matylda, pisz, bo bez tego życie wydaje się być niepełne.  Jako istota łasa na miodowe słówka, opisałam więc, to co mi chodzi po głowie od Sylwestra.
Nie wiem co będzie dalej. Chyba poddam się potrzebie chwili.

Matylda