Nowy stary rok

No i mamy rok 2018, którego miało nie być,  zgodnie z przepowiednią końca świata mającą nastąpić o jesiennej porze roku 2017.
Właściwej byłoby napisać: mamy rok 7526, co jest zgodne  z kalendarzem słowiańskim, a wszak jesteśmy Słowianami, z dziada pradziada.

Co roku, niemal na każdym kroku, słyszy się o podsumowaniu minionego roku i bezwzględnych postanowieniach na kolejny. Napawa mnie niechęcią robienie rozrachunku i postanowień na zawołanie.
31 grudnia to tylko umowna granica między kolejnymi latami. Wchodząc w nowy przedział czasu wciąż mamy w bagażu życia sprawy, które niezmiennie nasze życie dzielą na 12 kawałków, pod względem treści powtarzających się jak mantra. Najprostszy przykład to należność za czynsz, czy rata kredytu bankowego. Ponadto wchodzimy w nowy rok ze „starym” mężem (żoną), przyjaciółmi i wrogami, ze starymi zobowiązaniami wobec pracy zawodowej, czy szkoły, z tymi samymi butami, ulubionym kubkiem na kawę, skłonnościami, nadziejami i złamanym słowem.*  Tych spraw nie sposób pozbyć się z życia, czy pamięci, tylko dlatego, że wraz z wybiciem północy wypiło się szampana.

Dlaczego 365 (366  w roku przestępnym) kartka zerwana z kalendarza prowokuje nas do poddania się temu, o czym „wszyscy” mówią wraz z przybyciem skąpo odzianego smyka, z przepaską na koszulince, z napisem matematycznie wyliczonej nazwy roku?

Dlaczego my, ludzie, tak bardzo lubimy podsumowywać, zamykać, odcinać się od czegoś? Czy czasem nie wynika to z poczucia niezadowolenia z siebie, niepogodzenia z faktem, że posiadamy wady, przywary, że daleko nam do chodzącego ideału? Że jesteśmy niestali w wywiązywaniu się z obietnic?  Albo powodowani chęcią zaimponowania komuś, że jest się człowiekiem sukcesu, co w podtekście ma oznaczać „jestem od was lepszy”, o czym tak chętnie informujemy na facebooku, instagramie, twitterze, snapchatcie, you tube…

Wchodząc w nowy rok nadal dzielimy swój czas na 7 dni tygodnia z weekendem, jako nagrodą za wyrywający ze snu, bezduszny, dźwięk budzika. Bez znaczenia pozostaje fakt, który to jest rok, licząc od czasu umownej daty narodzin Jezusa.

Moim zdaniem, tendencja do rozliczania i podejmowania palcem pisanych na wodzie postanowień bierze się  z niemal powszechnie występującej podatności naszej, ludzkiej, psychiki na manipulacje.
Już od najmłodszych lat formują naszą osobowość rodzice, dziadkowie, bohaterowie filmów, pani w przedszkolu, a potem w szkołach pedagodzy, znajomi i reklama, coraz bezczelniej wdzierająca się do naszych umysłów.  Manipulują nami podręczniki i literatura czytana do poduszki. Partner, własne dzieci (czego doskonałe odzwierciedlenie znajdziemy w serialu „Rodzinka.pl”), szef,  współpracownicy i media. Te ostatnie szczególne czynią nam szkody przemawiając ustami polityków oraz różnej maści celebrytów, którzy czują powołanie do dyktowania nam jak mamy żyć.

 

*Jestem doskonałym przykładem złamania danego sobie słowa. Z impetem zamknęłam blog „Życie, ech ty” na wieść o likwidacji platformy blog.pl, napomykając coś o zmęczeniu materiału, co okazało się być wkręcaniem samej siebie, bowiem minął niespełna miesiąc i znowu wystukuję litery słów na nowym miejscu w sieci. Brak mi silnej woli? Uzależniłam się od publicznego manifestowania myśli, które irytują większość moich rozmówców w realu? Nic z tych rzeczy. Uległam namowie bliskich mi osób: pisz Matylda, pisz, bo bez tego życie wydaje się być niepełne.  Jako istota łasa na miodowe słówka, opisałam więc, to co mi chodzi po głowie od Sylwestra.
Nie wiem co będzie dalej. Chyba poddam się potrzebie chwili.

Matylda